Program dopuszcza wszystkie sposoby wizualnej i audiowizualnej wypowiedzi artystycznej - możliwość korzystania i łączenia ze sobą wszystkich technik graficznych (tradycyjnych i nowoczesnych) wzbogaconych o fotografię, rysunek, malarstwo, obiekt przestrzenny, instalację, film czy performance. Proponowane tematy starają się poszerzać możliwości kreatywnego myślenia, pobudzać wyobraźnię twórczą łamiąc granice stereotypowych pojęć. Studenci uczą się łączenia wszystkich dziedzin sztuki (obraz, słowo, dźwięk) w adekwatną i oryginalną formę wypowiedzi artystycznej, będącą indywidualnym komentarzem autora dzieła. Jednym z zadań semestralnych jest uczestnictwo w Ogólnopolskich Warsztatach Uczelni Artystycznych Warsztaty Działań Kreatywnych - Górki Wielkie (od roku 2017 międzynarodowych) oraz przygotowanie wystawy indywidualnej w przestrzeni galeryjnej BA\SEN. Ważnym elementem w budowaniu przesłania artystycznego jest werbalne, logiczne uzasadnienie wybranej formy plastycznej, umiejętność wyboru spośród różnorodnych artystycznych koncepcji oraz umiejętność krytycznej dyskusji w obszarze sztuki i mediów.
Judyta Bernaś
- doktor habilitowany sztuki
- profesor uczelni
- pełnomocnik ds. kierunku Arteterapia
- doktor habilitowany sztuki
- profesor uczelni
- pełnomocnik ds. kierunku Arteterapia
Paulina Tarara
- magister sztuki, inżynier
- Asystent
- magister sztuki, inżynier
- Asystent
“Nazwałam to moim Toksynem”- “mój Toksyn”, “Toksyn”, zapisany z dużej litery, maskulinatyw rzeczownika “toksyna”.
Według słownika PWN “toksyna” to substancja chemiczna wytwarzana przez organizmy żywe, która ma właściwości trujące dla innego organizmu. Jest to więc coś wytwarzanego poza zatruwanym ciałem, co wnika w nie głęboko, najgłębiej jak tylko może i zaburza
swobodne jego funkcjonowanie, przejmuje kontrolę.
“Toksyn” zostaje zapisany jako imię. Mimo, że zapisaywany jest głównie w formie męskiej, pozostaje bezpłciowy.
Zbiór działań performatywnych jest kreacją artystyczną opierającą się na personalnych przeżyciach i skutkach wychowania się w ortodoksyjnej Rzymsko-Katolickiej rodzinie. Poprzez ruch, gest, symbol ciało wydobywa z siebie emocjonalne stygmaty pozostawione
na psychice.
Kryzys, tożsamość, dyskomfort, naznaczenie.
Stygmat- Toksyn.
Obca materia, trapi ciało, nie jest wyborem, jest narzucona.
Stacja 2. Stacja druga, “Stygmaty”, Upadek drugi
Film oparty o performatywne działania skonstruowany został z kadrów będących zbliżeniami na twarz i ciało. Wprowadzone zostają tutaj mocno oddziałujące dodatkowe elementy takie jak czerwony materiał, czarna i przezroczysta folia, obce dłonie, brązowa maź, muzyka.
***
Syf,
Syfiaste to wszytsko,
Co uformowało się z tej wydzieliny,
Obrzydliwe.
Mimo wszystko wdałam się w wir,
Próby płynięcia pod prąd są złudne,
Lecz muszę odwrócić kierunek tej rzeki.
Film stworzony na bazie starych nagrań będący zabawą bielą i kontrastem. Jego zadaniem jest pokazanie roli światła w obrazach i dziełach wizualnych, oraz tego jak bardzo istotnym jest elementem, mogącym zmienić percepcję całości przedstawianego obrazu.
Jednościogród jest miejscem zawieszonym pomiędzy światem realnym, a wyimaginowanym, krainą zamieszkaną przez osoby artystyczne, przestrzenią swobodnej wypowiedzi, ekspresji i działania.
Społeczność artystyczna zamieszkująca Jednościogród jest bardzo zróżnicowana. Każda osoba ma swoje preferowane tempo i warunki pracy, inną stylistykę i środki wyrazu.
Wszystkie osoby łączy potrzeba działania, a tę realizują kolektywnie. Nie postrzegają siebie nawzajem w kategoriach konkurencji. Wszystkie razem piszą historię, tworzą środowisko, praktyka artystyczna każdej osoby jest częścią zbiorowej opowieści o człowieku, do której
dokładają części, uzupełniają wątki i wplatają nowe.
Artystki i artyści zawsze siebie wzajemnie wspierają, bo przyświeca im ten sam cel.
Produkcja sztuki w Jednościogrodzie nie rządzi się klasycznymi prawami rynkowymi. Rynek sztuki jest wiecznie nienasycony- zapotrzebowanie na sztukę jest nieskończone i właśnie dlatego taka społeczność może funkcjonować.
Jednościogród jest miejscem zawieszonym pomiędzy światem realnym, a wyimaginowanym, krainą zamieszkaną przez osoby artystyczne, przestrzenią swobodnej wypowiedzi, ekspresji i działania.
Społeczność artystyczna zamieszkująca Jednościogród jest bardzo zróżnicowana. Każda osoba ma swoje preferowane tempo i warunki pracy, inną stylistykę i środki wyrazu.
Wszystkie osoby łączy potrzeba działania, a tę realizują kolektywnie. Nie postrzegają siebie nawzajem w kategoriach konkurencji. Wszystkie razem piszą historię, tworzą środowisko, praktyka artystyczna każdej osoby jest częścią zbiorowej opowieści o człowieku, do której
dokładają części, uzupełniają wątki i wplatają nowe.
Artystki i artyści zawsze siebie wzajemnie wspierają, bo przyświeca im ten sam cel.
Produkcja sztuki w Jednościogrodzie nie rządzi się klasycznymi prawami rynkowymi. Rynek sztuki jest wiecznie nienasycony- zapotrzebowanie na sztukę jest nieskończone i właśnie dlatego taka społeczność może funkcjonować.
Jednościogród jest miejscem zawieszonym pomiędzy światem realnym, a wyimaginowanym, krainą zamieszkaną przez osoby artystyczne, przestrzenią swobodnej wypowiedzi, ekspresji i działania.
Społeczność artystyczna zamieszkująca Jednościogród jest bardzo zróżnicowana. Każda osoba ma swoje preferowane tempo i warunki pracy, inną stylistykę i środki wyrazu.
Wszystkie osoby łączy potrzeba działania, a tę realizują kolektywnie. Nie postrzegają siebie nawzajem w kategoriach konkurencji. Wszystkie razem piszą historię, tworzą środowisko, praktyka artystyczna każdej osoby jest częścią zbiorowej opowieści o człowieku, do której
dokładają części, uzupełniają wątki i wplatają nowe.
Artystki i artyści zawsze siebie wzajemnie wspierają, bo przyświeca im ten sam cel.
Produkcja sztuki w Jednościogrodzie nie rządzi się klasycznymi prawami rynkowymi. Rynek sztuki jest wiecznie nienasycony- zapotrzebowanie na sztukę jest nieskończone i właśnie dlatego taka społeczność może funkcjonować.
Niewidzialne współlokatorki każdego człoweka. Przebywają w mieszkaniach i prywatnych przestrzeniach. W obecności ludzi ukrywają się, a pod ich nieobecność wychodzą z kryjówek, goszcząc w przestrzeni życia codziennego. Ich wyproszenie jest niemożliwe. Mowa o brudaskach, inaczej zwanych pozostałkami.
BRUDASKI- kim-czym są?
Brudaski są pozostałościami po codziennych nieupublicznionych aktywnościach człowieka.
Ich ciała w 90% zbudowane są z wydzielin ludzkich (takich jak mocz, krew, pot, sperma, ślina itp). Pozostałe 10% stanowią materiały takie jak pył, kurz, czy piasek. Lubią wilgotne otoczenie, ale ze względu na swoje wysokie zdolności przystosowawcze są w stanie rozwijać się w każdym środowisku, zamieszkałym przez człowieka. Żywią się skrytymi aktywnościami domowniczek i domowników.
Niewidzialne współlokatorki każdego człoweka. Przebywają w mieszkaniach i prywatnych przestrzeniach. W obecności ludzi ukrywają się, a pod ich nieobecność wychodzą z kryjówek, goszcząc w przestrzeni życia codziennego. Ich wyproszenie jest niemożliwe. Mowa o brudaskach, inaczej zwanych pozostałkami.
BRUDASKI- kim-czym są?
Brudaski są pozostałościami po codziennych nieupublicznionych aktywnościach człowieka.
Ich ciała w 90% zbudowane są z wydzielin ludzkich (takich jak mocz, krew, pot, sperma, ślina itp). Pozostałe 10% stanowią materiały takie jak pył, kurz, czy piasek. Lubią wilgotne otoczenie, ale ze względu na swoje wysokie zdolności przystosowawcze są w stanie rozwijać się w każdym środowisku, zamieszkałym przez człowieka. Żywią się skrytymi aktywnościami domowniczek i domowników.
Niewidzialne współlokatorki każdego człoweka. Przebywają w mieszkaniach i prywatnych przestrzeniach. W obecności ludzi ukrywają się, a pod ich nieobecność wychodzą z kryjówek, goszcząc w przestrzeni życia codziennego. Ich wyproszenie jest niemożliwe. Mowa o brudaskach, inaczej zwanych pozostałkami.
BRUDASKI- kim-czym są?
Brudaski są pozostałościami po codziennych nieupublicznionych aktywnościach człowieka.
Ich ciała w 90% zbudowane są z wydzielin ludzkich (takich jak mocz, krew, pot, sperma, ślina itp). Pozostałe 10% stanowią materiały takie jak pył, kurz, czy piasek. Lubią wilgotne otoczenie, ale ze względu na swoje wysokie zdolności przystosowawcze są w stanie rozwijać się w każdym środowisku, zamieszkałym przez człowieka. Żywią się skrytymi aktywnościami domowniczek i domowników.
„Pod neonem codzienności” to ukazanie dualizmu każdemu znanej sieci sklepów Żabka, która stała się nieodłącznym elementem polskich miast. Z jednej strony przyciągają wygodą i kolorowym wystrojem, a z drugiej – kryją codzienność sprzedawców, ich historii oraz planów na przyszłość, a także szare oblicze tego, co dzieje się wokół. Projekt powstał na podstawie krótkich wywiadów z pracownikami, a także fotografii otoczenia, ukazujących kontrast między hipnotyzującym neonem, a szarą rzeczywistością.
Poprzez moją pracę artystyczną chciałabym zachęcić do spojrzenia na te popularne sklepy z nowej perspektywy, biorąc pod uwagę to, co kryje się na drugim planie.
Według definicji, Pływać — mieć cechy, które uniemożliwiają zatonięcie.
Pływactwo można trenować, opanowywać, naśladować, uprawiać, żyć. Można się nim zajmować bądź nie zajmować. Jest metodą poruszania się w sosie życia, przepychania się z wodą, ścigania upływającego czasu.
A zbieractwo to bycie zbiornikiem.
Miejscem przeżyć, przepływu emocji, wspomnień, traum, marzeń, fantazji i dotychczasowych doświadczeń, snucia wniosków... Odosobnionym miejscem przemyśleń, pomieszczeniem środowiska wodnego; płynów nastrojowych, treści która nas wypełnia.
Każdy, każda i każde z nas ma swój basen, ja zapraszam dziś do swojego.
Mniej zawiłymi słowami, przed wami instalacja, którą opowiadam o procesie przeżywania kryzysu, i tym co z nim związane, o stracie, o smutku, tęsknocie, odrzuceniu, braku sensu i celu.
Dmuchane motyle
to tyle, po tobie
mam w sobie dmuchane motyle
co unoszą na wodzie tonące kończyny
zastygłe w brzuchu w bezruchu
wystawiane na wiatr wspomnień
trzepocą skrzydłami
resztkami sił
trzymam się ich
spoconymi rękami
wypływam i biorę
oddech przy oknie
jest uchylone dalej
Dmuchane motyle
to tyle, po tobie
mam w sobie dmuchane motyle
co unoszą na wodzie tonące kończyny
zastygłe w brzuchu w bezruchu
wystawiane na wiatr wspomnień
trzepocą skrzydłami
resztkami sił
trzymam się ich
spoconymi rękami
wypływam i biorę
oddech przy oknie
jest uchylone dalej
Tytuł cyklu na krawędzi światła to żywioły-ogień, woda i powietrze. Kawałki pleksi poddano ich działaniu. W pierwszym etapie polowe obiektów zarysowano jak do suchorytu. Znajdują się na nich autoportrety. Wszystkie pleksi poddano działaniu ognia. Ogień czyli światło. Pleksi swoimi krawędziami dotykało ognia światła przy tym stapiając się, wyginając, niszcząc oraz tworząc nowe inne formy. Czasem kiedy ogień zajmował pleksi zamiast jej tylko dotykać trzeba było podmuchem powietrza go zgasić. Kolejnym etapem było zatapianie obiektów w wodzie w metalowej misce. Z ognistych i wyginających się obiektów przeistoczyły się w pływające przypominające niczym kostki lodu. Zdjęcia z procesu posłużyły do stworzenia grafik. Zdjęcia poddano obróbce na negatywy czy nawarstwianiu i różnicowaniu.
Tytuł cyklu na krawędzi światła to żywioły-ogień, woda i powietrze. Kawałki pleksi poddano ich działaniu. W pierwszym etapie polowe obiektów zarysowano jak do suchorytu. Znajdują się na nich autoportrety. Wszystkie pleksi poddano działaniu ognia. Ogień czyli światło. Pleksi swoimi krawędziami dotykało ognia światła przy tym stapiając się, wyginając, niszcząc oraz tworząc nowe inne formy. Czasem kiedy ogień zajmował pleksi zamiast jej tylko dotykać trzeba było podmuchem powietrza go zgasić. Kolejnym etapem było zatapianie obiektów w wodzie w metalowej misce. Z ognistych i wyginających się obiektów przeistoczyły się w pływające przypominające niczym kostki lodu. Zdjęcia z procesu posłużyły do stworzenia grafik. Zdjęcia poddano obróbce na negatywy czy nawarstwianiu i różnicowaniu.
Tytuł cyklu na krawędzi światła to żywioły-ogień, woda i powietrze. Kawałki pleksi poddano ich działaniu. W pierwszym etapie polowe obiektów zarysowano jak do suchorytu. Znajdują się na nich autoportrety. Wszystkie pleksi poddano działaniu ognia. Ogień czyli światło. Pleksi swoimi krawędziami dotykało ognia światła przy tym stapiając się, wyginając, niszcząc oraz tworząc nowe inne formy. Czasem kiedy ogień zajmował pleksi zamiast jej tylko dotykać trzeba było podmuchem powietrza go zgasić. Kolejnym etapem było zatapianie obiektów w wodzie w metalowej misce. Z ognistych i wyginających się obiektów przeistoczyły się w pływające przypominające niczym kostki lodu. Zdjęcia z procesu posłużyły do stworzenia grafik. Zdjęcia poddano obróbce na negatywy czy nawarstwianiu i różnicowaniu.
Mój dyplom dodatkowy składa się z dwóch części, pierwsza jest zbiorem grafik, które przedstawiają galerię zdjęć w telefonie, niemalże identycznych, co ma ukazywać obsesję na punkcie swojego wyglądu, niezadowolenie z siebie, potrzebę wykonania nawet kilkudziesięciu prawie takich samych zdjęć, żeby choć jedno było godne wstawienia.
Druga część składa się z filmików gdzie głównie używam aparatu w telefonie, jako lustra, aby się przejrzeć oraz skontrolować swój wygląd, co jest dopełnieniem części pierwszej.
Praca dyplomowa Pawła Sobczaka koncentruje się na elementach autoterapii, która jest swoistą potrzebą samodzielnego uzyskania równowagi przez artystę. To próba odrzucenia negatywnych przeżyć związanych z rodzinną historią oraz zastąpienia jej zrozumieniem i zaakceptowaniem kontekstu kulturowego, w którym historia ta została wytworzona. W rezultacie artysta zmienia perspektywę poprzez stworzenie nowego sposobu przeżywania i rozumienia tych doświadczeń.
Sobczak w swoim dyplomie odnosi się do poziomów psychiki wskazanych przez C.G. Junga — do świadomości, nieświadomości indywidualnej oraz zbiorowej. Skupia uwagę na procesie, w którym zbyt silne, a zarazem niebezpieczne dla zachowania stabilności psychicznej, informacje i doświadczenia trafiają do obszaru
nieświadomości. Analizuje jej tajemniczy, skrywany, prywatny spadek.
W tym spadku odnajduje koncepcje Junga odnoszącą się do marzeń sennych, cienia oraz wewnętrznego dziecka:
- cień, czyli skłonności i uczucia, które są automatycznie i spontanicznie wycofywane ze świadomego umysłu;
- sny mające informować o poziomie osobistej świadomości, a także o tym, w jaki sposób istota ludzka dąży do osiągnięcia równowagi psychicznej;
- wewnętrzne dziecko jako pierwotny archetyp każdego człowieka, który odpowiada za intuicję oraz kreatywność, stając się źródłem energii i inspiracji.
Domek dla lalek o wymiarach 100 × 70 × 80 cm, został wykonany z płyty MDF. W środku konstrukcji zaprezentowano pamiętniki. Obiekt otoczono kręgiem solnym i świecami.
Komoda o wymiarach 120 × 60 × 30 cm z ręcznie malowaną tablicą ouija na blacie.
Dokumentacja projektu realizowanego w przestrzeni social media. Służąca oddaniu głosu Jungowskiego cienia artysty, poruszająca kwestie braku akceptacji samego siebie. Artysta tworzy mit, w którym wciela się w wykreowany przez siebie Archetyp, ukazując fikcyjne etapy swojego życia, w postaci przeprowadzki do Rzymu, romansu z kuratorem sztuki oraz zakupu pracowni artystycznej z zarobionych na sztuce pieniędzy.
Odtworzenie pracowni artystycznej, prezentowanej w social mediach jako pracownia w Rzymie, w pomieszczeniu galerii.
Moja mama nauczyła mnie pisać, więc mogę ci o sobie napisać.
Nikt nie nauczył mnie mówić, więc nie opowiem ci o sobie.
Mogę ci za to o sobie napisać.
Nie napisałem tej książki po to, by się żalić. Napisałem ją dlatego, że się bałem. Bałem się że stanę się kimś, kim nigdy nie chciałbym się stać.
Mąż mojej babci zostawił rodzinę, gdy mój ojciec miał 14 lat. Wyprowadził się z domu i zamieszkał wieś obok z inną kobietą, całkowicie zrywając kontakt z dziećmi i żoną. Od 41 lat nie ma żadnego kontaktu ze swoim potomstwem, z żoną widział się jedynie tyle, na ile było to konieczne przy rozwodzie.
Przy sakramencie bierzmowania w wieku 15 lat, gdy musiałem wybrać swoje trzecie imię, zdecydowałem się przyjąć imię Edward. Po dziadku, który nigdy moim dziadkiem nie był.
W swoim naiwnym, dziecięcym wyobrażeniu, wymyśliłem sobie, że stanę się dla mojej rodziny lepszym Edwardem, niż był dla niej pierwszy mąż mojej babci. Zafascynowany jeszcze wtedy wszelkimi bohaterskimi sylwetkami stwierdziłem, że oczyszczę to imię ze
wszelkich negatywnych rzeczy, które ze sobą niesie.
Potem zacząłem się bać, że to imię jeszcze bardziej upodobniło mnie do osoby którą nigdy nie chciałem się stać.
Bałem się, że nie będę w stanie poświęcić się dla dobra innych, że nie będę nigdy gotowy, aby przestać być głównym bohaterem swojej opowieści. Że będę niechętny, by zejść na drugi plan, żeby ktoś mógł na mnie polegać i oczekiwać ode mnie. Bałem się, że odziedziczę po ojcu mojego ojca o wiele więcej niż jedynie imię. Imię wybrałem sobie sam, za to cech charakteru i mojego podejścia do różnych rzeczy już nie, zostały mi narzucone. Gdybym wierzył w takie rzeczy, stwierdziłbym zapewne, że sam na siebie to ściągnąłem, decydując się na taki krok, w mojej naiwnej, dziecięcej wyobraźni prawidłowy i potrzebny.
Na szczęście nie wierzę.
Wierzę za to w genetykę, i dziedziczenie.
Dlatego właśnie się bałem.
Bałem się nie odrzucenia i samotności. Braku bycia kochanym i potrzebnym. Bałem się, że to ja nie będę w stanie kochać i poświęcać się.
Napisałem tą książkę jako przestrogę, dla samego siebie. Aby ostrzegała mnie, broniła przed tym, żebym nie stał się kimś kim nigdy nie chciałem się stać.
Napisałem tą książkę, żeby już nie musieć się bać.
Przepraszam, że nie namaluję dla nas ładnego obrazu. Przepraszam, że nie napiszę ładnego tekstu. Chciałbym z tobą porozmawiać, ale nie potrafię.
To wszystko co mogę dla nas zrobić.
Moja mama nauczyła mnie pisać, więc mogę ci o sobie napisać.
Nikt nie nauczył mnie mówić, więc nie opowiem ci o sobie.
Mogę ci za to o sobie napisać.
Nie napisałem tej książki po to, by się żalić. Napisałem ją dlatego, że się bałem. Bałem się że stanę się kimś, kim nigdy nie chciałbym się stać.
Mąż mojej babci zostawił rodzinę, gdy mój ojciec miał 14 lat. Wyprowadził się z domu i zamieszkał wieś obok z inną kobietą, całkowicie zrywając kontakt z dziećmi i żoną. Od 41 lat nie ma żadnego kontaktu ze swoim potomstwem, z żoną widział się jedynie tyle, na ile było to konieczne przy rozwodzie.
Przy sakramencie bierzmowania w wieku 15 lat, gdy musiałem wybrać swoje trzecie imię, zdecydowałem się przyjąć imię Edward. Po dziadku, który nigdy moim dziadkiem nie był.
W swoim naiwnym, dziecięcym wyobrażeniu, wymyśliłem sobie, że stanę się dla mojej rodziny lepszym Edwardem, niż był dla niej pierwszy mąż mojej babci. Zafascynowany jeszcze wtedy wszelkimi bohaterskimi sylwetkami stwierdziłem, że oczyszczę to imię ze
wszelkich negatywnych rzeczy, które ze sobą niesie.
Potem zacząłem się bać, że to imię jeszcze bardziej upodobniło mnie do osoby którą nigdy nie chciałem się stać.
Bałem się, że nie będę w stanie poświęcić się dla dobra innych, że nie będę nigdy gotowy, aby przestać być głównym bohaterem swojej opowieści. Że będę niechętny, by zejść na drugi plan, żeby ktoś mógł na mnie polegać i oczekiwać ode mnie. Bałem się, że odziedziczę po ojcu mojego ojca o wiele więcej niż jedynie imię. Imię wybrałem sobie sam, za to cech charakteru i mojego podejścia do różnych rzeczy już nie, zostały mi narzucone. Gdybym wierzył w takie rzeczy, stwierdziłbym zapewne, że sam na siebie to ściągnąłem, decydując się na taki krok, w mojej naiwnej, dziecięcej wyobraźni prawidłowy i potrzebny.
Na szczęście nie wierzę.
Wierzę za to w genetykę, i dziedziczenie.
Dlatego właśnie się bałem.
Bałem się nie odrzucenia i samotności. Braku bycia kochanym i potrzebnym. Bałem się, że to ja nie będę w stanie kochać i poświęcać się.
Napisałem tą książkę jako przestrogę, dla samego siebie. Aby ostrzegała mnie, broniła przed tym, żebym nie stał się kimś kim nigdy nie chciałem się stać.
Napisałem tą książkę, żeby już nie musieć się bać.
Przepraszam, że nie namaluję dla nas ładnego obrazu. Przepraszam, że nie napiszę ładnego tekstu. Chciałbym z tobą porozmawiać, ale nie potrafię.
To wszystko co mogę dla nas zrobić.
Moja mama nauczyła mnie pisać, więc mogę ci o sobie napisać.
Nikt nie nauczył mnie mówić, więc nie opowiem ci o sobie.
Mogę ci za to o sobie napisać.
Nie napisałem tej książki po to, by się żalić. Napisałem ją dlatego, że się bałem. Bałem się że stanę się kimś, kim nigdy nie chciałbym się stać.
Mąż mojej babci zostawił rodzinę, gdy mój ojciec miał 14 lat. Wyprowadził się z domu i zamieszkał wieś obok z inną kobietą, całkowicie zrywając kontakt z dziećmi i żoną. Od 41 lat nie ma żadnego kontaktu ze swoim potomstwem, z żoną widział się jedynie tyle, na ile było to konieczne przy rozwodzie.
Przy sakramencie bierzmowania w wieku 15 lat, gdy musiałem wybrać swoje trzecie imię, zdecydowałem się przyjąć imię Edward. Po dziadku, który nigdy moim dziadkiem nie był.
W swoim naiwnym, dziecięcym wyobrażeniu, wymyśliłem sobie, że stanę się dla mojej rodziny lepszym Edwardem, niż był dla niej pierwszy mąż mojej babci. Zafascynowany jeszcze wtedy wszelkimi bohaterskimi sylwetkami stwierdziłem, że oczyszczę to imię ze
wszelkich negatywnych rzeczy, które ze sobą niesie.
Potem zacząłem się bać, że to imię jeszcze bardziej upodobniło mnie do osoby którą nigdy nie chciałem się stać.
Bałem się, że nie będę w stanie poświęcić się dla dobra innych, że nie będę nigdy gotowy, aby przestać być głównym bohaterem swojej opowieści. Że będę niechętny, by zejść na drugi plan, żeby ktoś mógł na mnie polegać i oczekiwać ode mnie. Bałem się, że odziedziczę po ojcu mojego ojca o wiele więcej niż jedynie imię. Imię wybrałem sobie sam, za to cech charakteru i mojego podejścia do różnych rzeczy już nie, zostały mi narzucone. Gdybym wierzył w takie rzeczy, stwierdziłbym zapewne, że sam na siebie to ściągnąłem, decydując się na taki krok, w mojej naiwnej, dziecięcej wyobraźni prawidłowy i potrzebny.
Na szczęście nie wierzę.
Wierzę za to w genetykę, i dziedziczenie.
Dlatego właśnie się bałem.
Bałem się nie odrzucenia i samotności. Braku bycia kochanym i potrzebnym. Bałem się, że to ja nie będę w stanie kochać i poświęcać się.
Napisałem tą książkę jako przestrogę, dla samego siebie. Aby ostrzegała mnie, broniła przed tym, żebym nie stał się kimś kim nigdy nie chciałem się stać.
Napisałem tą książkę, żeby już nie musieć się bać.
Przepraszam, że nie namaluję dla nas ładnego obrazu. Przepraszam, że nie napiszę ładnego tekstu. Chciałbym z tobą porozmawiać, ale nie potrafię.
To wszystko co mogę dla nas zrobić.
Moja mama nauczyła mnie pisać, więc mogę ci o sobie napisać.
Nikt nie nauczył mnie mówić, więc nie opowiem ci o sobie.
Mogę ci za to o sobie napisać.
Nie napisałem tej książki po to, by się żalić. Napisałem ją dlatego, że się bałem. Bałem się że stanę się kimś, kim nigdy nie chciałbym się stać.
Mąż mojej babci zostawił rodzinę, gdy mój ojciec miał 14 lat. Wyprowadził się z domu i zamieszkał wieś obok z inną kobietą, całkowicie zrywając kontakt z dziećmi i żoną. Od 41 lat nie ma żadnego kontaktu ze swoim potomstwem, z żoną widział się jedynie tyle, na ile było to konieczne przy rozwodzie.
Przy sakramencie bierzmowania w wieku 15 lat, gdy musiałem wybrać swoje trzecie imię, zdecydowałem się przyjąć imię Edward. Po dziadku, który nigdy moim dziadkiem nie był.
W swoim naiwnym, dziecięcym wyobrażeniu, wymyśliłem sobie, że stanę się dla mojej rodziny lepszym Edwardem, niż był dla niej pierwszy mąż mojej babci. Zafascynowany jeszcze wtedy wszelkimi bohaterskimi sylwetkami stwierdziłem, że oczyszczę to imię ze
wszelkich negatywnych rzeczy, które ze sobą niesie.
Potem zacząłem się bać, że to imię jeszcze bardziej upodobniło mnie do osoby którą nigdy nie chciałem się stać.
Bałem się, że nie będę w stanie poświęcić się dla dobra innych, że nie będę nigdy gotowy, aby przestać być głównym bohaterem swojej opowieści. Że będę niechętny, by zejść na drugi plan, żeby ktoś mógł na mnie polegać i oczekiwać ode mnie. Bałem się, że odziedziczę po ojcu mojego ojca o wiele więcej niż jedynie imię. Imię wybrałem sobie sam, za to cech charakteru i mojego podejścia do różnych rzeczy już nie, zostały mi narzucone. Gdybym wierzył w takie rzeczy, stwierdziłbym zapewne, że sam na siebie to ściągnąłem, decydując się na taki krok, w mojej naiwnej, dziecięcej wyobraźni prawidłowy i potrzebny.
Na szczęście nie wierzę.
Wierzę za to w genetykę, i dziedziczenie.
Dlatego właśnie się bałem.
Bałem się nie odrzucenia i samotności. Braku bycia kochanym i potrzebnym. Bałem się, że to ja nie będę w stanie kochać i poświęcać się.
Napisałem tą książkę jako przestrogę, dla samego siebie. Aby ostrzegała mnie, broniła przed tym, żebym nie stał się kimś kim nigdy nie chciałem się stać.
Napisałem tą książkę, żeby już nie musieć się bać.
Przepraszam, że nie namaluję dla nas ładnego obrazu. Przepraszam, że nie napiszę ładnego tekstu. Chciałbym z tobą porozmawiać, ale nie potrafię.
To wszystko co mogę dla nas zrobić.
„Sezon na dżdżownice” to opowieść o mojej próbie poradzenia sobie z uczuciem obcości w ciele, które narodziło się we mnie na skutek molestowania.
Moje ciało przez lata było wypełnione jakąś dziwaczną gromadą pełzających, obślizgłych i nieproszonych glizdopodobnych stworzeń, które przypominały mi o sobie przy każdym nawet najmniejszym ruchu, przy każdej mojej najdrobniejszej próbie bycia znowu blisko swojej cielesności.
Ostatecznie zrozumiałam, że prawdopodobnie to co się we mnie wykluło już nigdy nie opuści ciepłego domku moich wnętrzności. Szczęśliwie pomimo trudu i niezadowolenia z pozycji w której się znalazłam udało mi się zaakceptować pełzacze i aktualnie żyje z nimi w szczęśliwej chociaż nie zawsze oczywistej symbiozie. Przebierając się za dżdżownice i wijąc dziwacznie wprost do kamery dokonuję aktu odzyskania mojego ciała, poczucia komfortu w dyskomforcie.
Moje ciało przez lata było wypełnione jakąś dziwaczną gromadą pełzających, obślizgłych i nieproszonych glizdopodobnych stworzeń, które przypominały mi o sobie przy każdym nawet najmniejszym ruchu, przy każdej mojej najdrobniejszej próbie bycia znowu blisko swojej cielesności.
Ostatecznie zrozumiałam, że prawdopodobnie to co się we mnie wykluło już nigdy nie opuści ciepłego domku moich wnętrzności. Szczęśliwie pomimo trudu i niezadowolenia z pozycji w której się znalazłam udało mi się zaakceptować pełzacze i aktualnie żyje z nimi w szczęśliwej chociaż nie zawsze oczywistej symbiozie. Przebierając się za dżdżownice i wijąc dziwacznie wprost do kamery dokonuję aktu odzyskania mojego ciała, poczucia komfortu w dyskomforcie.
Moje ciało przez lata było wypełnione jakąś dziwaczną gromadą pełzających, obślizgłych i nieproszonych glizdopodobnych stworzeń, które przypominały mi o sobie przy każdym nawet najmniejszym ruchu, przy każdej mojej najdrobniejszej próbie bycia znowu blisko swojej cielesności.
Ostatecznie zrozumiałam, że prawdopodobnie to co się we mnie wykluło już nigdy nie opuści ciepłego domku moich wnętrzności. Szczęśliwie pomimo trudu i niezadowolenia z pozycji w której się znalazłam udało mi się zaakceptować pełzacze i aktualnie żyje z nimi w szczęśliwej chociaż nie zawsze oczywistej symbiozie. Przebierając się za dżdżownice i wijąc dziwacznie wprost do kamery dokonuję aktu odzyskania mojego ciała, poczucia komfortu w dyskomforcie.
Moje ciało przez lata było wypełnione jakąś dziwaczną gromadą pełzających, obślizgłych i nieproszonych glizdopodobnych stworzeń, które przypominały mi o sobie przy każdym nawet najmniejszym ruchu, przy każdej mojej najdrobniejszej próbie bycia znowu blisko swojej cielesności.
Ostatecznie zrozumiałam, że prawdopodobnie to co się we mnie wykluło już nigdy nie opuści ciepłego domku moich wnętrzności. Szczęśliwie pomimo trudu i niezadowolenia z pozycji w której się znalazłam udało mi się zaakceptować pełzacze i aktualnie żyje z nimi w szczęśliwej chociaż nie zawsze oczywistej symbiozie. Przebierając się za dżdżownice i wijąc dziwacznie wprost do kamery dokonuję aktu odzyskania mojego ciała, poczucia komfortu w dyskomforcie.
Moje ciało przez lata było wypełnione jakąś dziwaczną gromadą pełzających, obślizgłych i nieproszonych glizdopodobnych stworzeń, które przypominały mi o sobie przy każdym nawet najmniejszym ruchu, przy każdej mojej najdrobniejszej próbie bycia znowu blisko swojej cielesności.
Ostatecznie zrozumiałam, że prawdopodobnie to co się we mnie wykluło już nigdy nie opuści ciepłego domku moich wnętrzności. Szczęśliwie pomimo trudu i niezadowolenia z pozycji w której się znalazłam udało mi się zaakceptować pełzacze i aktualnie żyje z nimi w szczęśliwej chociaż nie zawsze oczywistej symbiozie. Przebierając się za dżdżownice i wijąc dziwacznie wprost do kamery dokonuję aktu odzyskania mojego ciała, poczucia komfortu w dyskomforcie.
Moje ciało przez lata było wypełnione jakąś dziwaczną gromadą pełzających, obślizgłych i nieproszonych glizdopodobnych stworzeń, które przypominały mi o sobie przy każdym nawet najmniejszym ruchu, przy każdej mojej najdrobniejszej próbie bycia znowu blisko swojej cielesności.
Ostatecznie zrozumiałam, że prawdopodobnie to co się we mnie wykluło już nigdy nie opuści ciepłego domku moich wnętrzności. Szczęśliwie pomimo trudu i niezadowolenia z pozycji w której się znalazłam udało mi się zaakceptować pełzacze i aktualnie żyje z nimi w szczęśliwej chociaż nie zawsze oczywistej symbiozie. Przebierając się za dżdżownice i wijąc dziwacznie wprost do kamery dokonuję aktu odzyskania mojego ciała, poczucia komfortu w dyskomforcie.
Kościół Katolicki od przeszło dwóch tysięcy lat rości sobie prawo do wyznaczania zasad moralnych i definiowania sposobu życia ludzi. Obecnie mogłoby się zdawać, że społeczeństwo laicyzuje się, a młode pokolenie masowo odchodzi od kościoła. Mimo iż tendencja ta z całą pewnością istnieje, zasady wpajane naszym przodkom nadal mają silny,
często nieuświadomiony wpływ na nasze życie, decyzje, odczucia.
Współcześnie często odnosi się wrażenie, że Kościół, obawiając się utraty wiernych i co za tym idzie własnego upadku stara się pokazać społeczeństwu nowoczesne, bardziej ludzkie oblicze. Szczególnie za granicą pojawiają się nieśmiałe głosy o błogosławieństwie par
homoseksualnych, czy możliwości udzielania komunii rozwodnikom. Te działania jednak, nawet jeśli wynikają ze szczerych intencji osób wierzących, nie odzwierciedlają dominującej narracji instytucji Kościoła katolickiego. Tę natomiast można znaleźć w dokumencie Katechizmu Kościoła Katolickiego (KKK). To właśnie ta publikacja zawiera oficjalną
wykładnię zasad wiary i moralności, których zobowiązani są przestrzegać wierni.
W mojej pracy skupiam się na prezentowanych przez oficjalny, publicznie dostępny dokument dogmatach wyznawanych przez Kościół, dotyczących sfery seksualności człowieka. Uważam, że jest to pole, na którym Kościół przez stulecia wyrządził wiele krzywd. Prawdy i zasady z KKK ewidentnie nie korespondują ze współczesnym rozwojem nauki o człowieku. Wiele cytatów, które przytaczam, uznać można za bulwersujące lub krzywdzące. Są to jednak przekonania kierujące instytucją Kościoła katolickiego. Prezentując je na elementach ubioru, piżamach, bieliźnie pragnę podkreślić głęboko raniący wpływ “prawd”, które w zakulisowy sposób odciskają swoje piętno na kolejnych osobach, wpływając na poczucie własnej wartości, stosunek do cielesności i relacje z drugim człowiekiem. Tam gdzie rządzą nieaktualne, sprzeczne z odkryciami psychologii, czy seksuologii wartości nie ma miejsca na zdrowy rozwój i budowanie szczęśliwych, pełnych szacunku relacji – tak bardzo nam potrzebnych w trudnym świecie, w którym żyjemy.
Kościół Katolicki od przeszło dwóch tysięcy lat rości sobie prawo do wyznaczania zasad moralnych i definiowania sposobu życia ludzi. Obecnie mogłoby się zdawać, że społeczeństwo laicyzuje się, a młode pokolenie masowo odchodzi od kościoła. Mimo iż tendencja ta z całą pewnością istnieje, zasady wpajane naszym przodkom nadal mają silny,
często nieuświadomiony wpływ na nasze życie, decyzje, odczucia.
Współcześnie często odnosi się wrażenie, że Kościół, obawiając się utraty wiernych i co za tym idzie własnego upadku stara się pokazać społeczeństwu nowoczesne, bardziej ludzkie oblicze. Szczególnie za granicą pojawiają się nieśmiałe głosy o błogosławieństwie par
homoseksualnych, czy możliwości udzielania komunii rozwodnikom. Te działania jednak, nawet jeśli wynikają ze szczerych intencji osób wierzących, nie odzwierciedlają dominującej narracji instytucji Kościoła katolickiego. Tę natomiast można znaleźć w dokumencie Katechizmu Kościoła Katolickiego (KKK). To właśnie ta publikacja zawiera oficjalną
wykładnię zasad wiary i moralności, których zobowiązani są przestrzegać wierni.
W mojej pracy skupiam się na prezentowanych przez oficjalny, publicznie dostępny dokument dogmatach wyznawanych przez Kościół, dotyczących sfery seksualności człowieka. Uważam, że jest to pole, na którym Kościół przez stulecia wyrządził wiele krzywd. Prawdy i zasady z KKK ewidentnie nie korespondują ze współczesnym rozwojem nauki o człowieku. Wiele cytatów, które przytaczam, uznać można za bulwersujące lub krzywdzące. Są to jednak przekonania kierujące instytucją Kościoła katolickiego. Prezentując je na elementach ubioru, piżamach, bieliźnie pragnę podkreślić głęboko raniący wpływ “prawd”, które w zakulisowy sposób odciskają swoje piętno na kolejnych osobach, wpływając na poczucie własnej wartości, stosunek do cielesności i relacje z drugim człowiekiem. Tam gdzie rządzą nieaktualne, sprzeczne z odkryciami psychologii, czy seksuologii wartości nie ma miejsca na zdrowy rozwój i budowanie szczęśliwych, pełnych szacunku relacji – tak bardzo nam potrzebnych w trudnym świecie, w którym żyjemy.
ig: msb_portfolio
Podzielone czernią, chmury ustąpiły nieba. Tafla między wyspami pary wstęgą świetlistą, białą przerwana. Oto nocy bezgwiezdna przestrzeń stopniowo ciało boskie przede mną obnażała. Męskim był, bądź męskie tylko przypominał. Stopy jego w łuku smukłym zatrzymane. Wydawało się, że ciała balansować nigdy wcześniej nie musiały. Ramiona, szyja innym, delikatnym muskana. W marzeniach takie nawet niestworzone. Nieludzko idealne, a wbrew wiatrem poruszone. Po skórze snuły się, dalszą zazdrość wzbudzały.
W powietrzu nie wisiał, ziemią jednak też nie był podtrzymany.
- Ja - nagła jak objawienie się w głowie pojawiła – chcę. – myśl chórem dopowiedziały.
Tak korzenie zapuścił w umyśle mnie niewinnego.
ig: msb_portfolio
Podzielone czernią, chmury ustąpiły nieba. Tafla między wyspami pary wstęgą świetlistą, białą przerwana. Oto nocy bezgwiezdna przestrzeń stopniowo ciało boskie przede mną obnażała. Męskim był, bądź męskie tylko przypominał. Stopy jego w łuku smukłym zatrzymane. Wydawało się, że ciała balansować nigdy wcześniej nie musiały. Ramiona, szyja innym, delikatnym muskana. W marzeniach takie nawet niestworzone. Nieludzko idealne, a wbrew wiatrem poruszone. Po skórze snuły się, dalszą zazdrość wzbudzały.
W powietrzu nie wisiał, ziemią jednak też nie był podtrzymany.
- Ja - nagła jak objawienie się w głowie pojawiła – chcę. – myśl chórem dopowiedziały.
Tak korzenie zapuścił w umyśle mnie niewinnego.
ig: msb_portfolio
Podzielone czernią, chmury ustąpiły nieba. Tafla między wyspami pary wstęgą świetlistą, białą przerwana. Oto nocy bezgwiezdna przestrzeń stopniowo ciało boskie przede mną obnażała. Męskim był, bądź męskie tylko przypominał. Stopy jego w łuku smukłym zatrzymane. Wydawało się, że ciała balansować nigdy wcześniej nie musiały. Ramiona, szyja innym, delikatnym muskana. W marzeniach takie nawet niestworzone. Nieludzko idealne, a wbrew wiatrem poruszone. Po skórze snuły się, dalszą zazdrość wzbudzały.
W powietrzu nie wisiał, ziemią jednak też nie był podtrzymany.
- Ja - nagła jak objawienie się w głowie pojawiła – chcę. – myśl chórem dopowiedziały.
Tak korzenie zapuścił w umyśle mnie niewinnego.
Projekt wystawy odnosi się do doświadczenia straty domu rodzinnego oraz procesu żałoby związanego z jego sprzedażą. Punktem wyjścia jest osobista historia, potraktowana jednak jako pretekst do szerszej refleksji nad relacją pomiędzy miejscem, pamięcią i emocjonalnym
przywiązaniem. Projekt realizowany jest w ciemnej przestrzeni ekspozycyjnej, w której ograniczone światło sprzyja skupieniu oraz buduje atmosferę wyciszenia, wzmacniając tematykę utraty i pamięci.
Centralnym punktem wystawy jest niewielki domek wykonany z kartonów, który jest obklejony papierem pokrytym czarną farbą. Warstwowa powierzchnia papieru tworzy chropowatą fakturę,
przywodzącą na myśl ciężką smolistą substancję. Domek pełni funkcję symbolicznego nośnika wspomnień i emocji. W jego wnętrzu znajdują się fotografie przedstawiające dawny dom w momencie sprzedaży. Są to zdjęcia pustych pomieszczeń, pozbawionych śladów codziennego
życia. Dokumentują one moment przejścia, w którym dom przestaje pełnić funkcję miejsca zamieszkania i traci swój emocjonalny wymiar.
Na ścianach przestrzeni wystawowej zaprezentowane zostaną fotografie z dzieciństwa, ukazujące wspomnienia i pozytywne doświadczenia związane z domem rodzinnym. Towarzyszyć im będą obrazy malarskie odnoszące się do kolejnych stanów emocjonalnych
pojawiających się w procesie żałoby po jego utracie. Prace te mają stanowić próbę wizualnego zapisu emocji i wewnętrznych reakcji na stratę.
Domykającym elementem wystawy są projekcje płomieni pojawiające się na ścianach przestrzeni. Ogień funkcjonuje tu symbolicznie, jako obraz spalania, intensywności emocji oraz nieodwracalnej zmiany.
Projekt zakłada doświadczenie wystawy jako przestrzeni, w której widz konfrontuje się z różnymi poziomami pamięci: dokumentalnym, osobistym i symbolicznym. Przemieszczanie się pomiędzy centralnym obiektem a pracami umieszczonymi na ścianach ma budować narrację opartą na napięciu pomiędzy obecnością a brakiem, przeszłością a teraźniejszością. Widz nie otrzymuje jednoznacznej interpretacji, lecz zostaje zaproszony do indywidualnego odczytania projektu poprzez własne doświadczenia związane ze stratą.
Projekt wystawy odnosi się do doświadczenia straty domu rodzinnego oraz procesu żałoby związanego z jego sprzedażą. Punktem wyjścia jest osobista historia, potraktowana jednak jako pretekst do szerszej refleksji nad relacją pomiędzy miejscem, pamięcią i emocjonalnym
przywiązaniem. Projekt realizowany jest w ciemnej przestrzeni ekspozycyjnej, w której ograniczone światło sprzyja skupieniu oraz buduje atmosferę wyciszenia, wzmacniając tematykę utraty i pamięci.
Centralnym punktem wystawy jest niewielki domek wykonany z kartonów, który jest obklejony papierem pokrytym czarną farbą. Warstwowa powierzchnia papieru tworzy chropowatą fakturę,
przywodzącą na myśl ciężką smolistą substancję. Domek pełni funkcję symbolicznego nośnika wspomnień i emocji. W jego wnętrzu znajdują się fotografie przedstawiające dawny dom w momencie sprzedaży. Są to zdjęcia pustych pomieszczeń, pozbawionych śladów codziennego
życia. Dokumentują one moment przejścia, w którym dom przestaje pełnić funkcję miejsca zamieszkania i traci swój emocjonalny wymiar.
Na ścianach przestrzeni wystawowej zaprezentowane zostaną fotografie z dzieciństwa, ukazujące wspomnienia i pozytywne doświadczenia związane z domem rodzinnym. Towarzyszyć im będą obrazy malarskie odnoszące się do kolejnych stanów emocjonalnych
pojawiających się w procesie żałoby po jego utracie. Prace te mają stanowić próbę wizualnego zapisu emocji i wewnętrznych reakcji na stratę.
Domykającym elementem wystawy są projekcje płomieni pojawiające się na ścianach przestrzeni. Ogień funkcjonuje tu symbolicznie, jako obraz spalania, intensywności emocji oraz nieodwracalnej zmiany.
Projekt zakłada doświadczenie wystawy jako przestrzeni, w której widz konfrontuje się z różnymi poziomami pamięci: dokumentalnym, osobistym i symbolicznym. Przemieszczanie się pomiędzy centralnym obiektem a pracami umieszczonymi na ścianach ma budować narrację opartą na napięciu pomiędzy obecnością a brakiem, przeszłością a teraźniejszością. Widz nie otrzymuje jednoznacznej interpretacji, lecz zostaje zaproszony do indywidualnego odczytania projektu poprzez własne doświadczenia związane ze stratą.
Projekt wystawy odnosi się do doświadczenia straty domu rodzinnego oraz procesu żałoby związanego z jego sprzedażą. Punktem wyjścia jest osobista historia, potraktowana jednak jako pretekst do szerszej refleksji nad relacją pomiędzy miejscem, pamięcią i emocjonalnym
przywiązaniem. Projekt realizowany jest w ciemnej przestrzeni ekspozycyjnej, w której ograniczone światło sprzyja skupieniu oraz buduje atmosferę wyciszenia, wzmacniając tematykę utraty i pamięci.
Centralnym punktem wystawy jest niewielki domek wykonany z kartonów, który jest obklejony papierem pokrytym czarną farbą. Warstwowa powierzchnia papieru tworzy chropowatą fakturę,
przywodzącą na myśl ciężką smolistą substancję. Domek pełni funkcję symbolicznego nośnika wspomnień i emocji. W jego wnętrzu znajdują się fotografie przedstawiające dawny dom w momencie sprzedaży. Są to zdjęcia pustych pomieszczeń, pozbawionych śladów codziennego
życia. Dokumentują one moment przejścia, w którym dom przestaje pełnić funkcję miejsca zamieszkania i traci swój emocjonalny wymiar.
Na ścianach przestrzeni wystawowej zaprezentowane zostaną fotografie z dzieciństwa, ukazujące wspomnienia i pozytywne doświadczenia związane z domem rodzinnym. Towarzyszyć im będą obrazy malarskie odnoszące się do kolejnych stanów emocjonalnych
pojawiających się w procesie żałoby po jego utracie. Prace te mają stanowić próbę wizualnego zapisu emocji i wewnętrznych reakcji na stratę.
Domykającym elementem wystawy są projekcje płomieni pojawiające się na ścianach przestrzeni. Ogień funkcjonuje tu symbolicznie, jako obraz spalania, intensywności emocji oraz nieodwracalnej zmiany.
Projekt zakłada doświadczenie wystawy jako przestrzeni, w której widz konfrontuje się z różnymi poziomami pamięci: dokumentalnym, osobistym i symbolicznym. Przemieszczanie się pomiędzy centralnym obiektem a pracami umieszczonymi na ścianach ma budować narrację opartą na napięciu pomiędzy obecnością a brakiem, przeszłością a teraźniejszością. Widz nie otrzymuje jednoznacznej interpretacji, lecz zostaje zaproszony do indywidualnego odczytania projektu poprzez własne doświadczenia związane ze stratą.
Katowickie motywy miejskie zostały przetworzone na oszczędne formalnie, ręcznie wykonane hafty czarne. Na różnych rodzajach tkanin pojawiają się znane elementy przestrzeni miasta – Spodek, charakterystyczne „kukurydze” z Osiedla Tysiąclecia czy uproszczona, schematyczna zieleń miejska. Każdy z tych elementów został wyhaftowany czarną nicią o kilku różnych grubościach, która pozwala uzyskać subtelne efekty cieniowania, mimo monochromatycznego ograniczenia. Delikatna, linearna kreska działa tu jak rysunek cienkopisem, nadając graficzności przedstawianym motywom.
Tkaniny, na których wykonano hafty, pozostają celowo nieuprasowane, a fragmenty pomocniczych szkiców są wciąż widoczne. To zabieg, który podkreśla procesualność prac – ich niedopowiedzenie, niedokończenie, tymczasowość. Jakby uchwycony został moment zatrzymania ręki w trakcie pracy. Ten efekt zawieszenia zostaje zestawiony z kontrastującą formą prezentacji – każda z tkanin została oprawiona w czarną ramę z czarnym tłem, co nadaje kompozycjom zwartą, niemal surową strukturę. To zestawienie miękkiego materiału i mocnej oprawy tworzy napięcie między tym, co efemeryczne, a tym, co trwałe.
Wybór haftu czarnego jako techniki jest jednocześnie formalną decyzją i odniesieniem do lokalnego kontekstu. Czerń nici przywołuje skojarzenia z górniczym dziedzictwem regionu – czarne złoto, węgiel – ale także pozwala zachować minimalizm i skupić uwagę na detalu. Projekt jest osobistą interpretacją miejskiego krajobrazu Katowic – miasta, z którym jestem związana poprzez codzienność studiowania i przebywania w jego przestrzeni. Poprzez współczesne podejście do tradycyjnej techniki, powstają kompozycje, które są nie tylko dokumentem, ale też refleksją nad miejscem i jego wizualną tożsamością.
Katowickie motywy miejskie zostały przetworzone na oszczędne formalnie, ręcznie wykonane hafty czarne. Na różnych rodzajach tkanin pojawiają się znane elementy przestrzeni miasta – Spodek, charakterystyczne „kukurydze” z Osiedla Tysiąclecia czy uproszczona, schematyczna zieleń miejska. Każdy z tych elementów został wyhaftowany czarną nicią o kilku różnych grubościach, która pozwala uzyskać subtelne efekty cieniowania, mimo monochromatycznego ograniczenia. Delikatna, linearna kreska działa tu jak rysunek cienkopisem, nadając graficzności przedstawianym motywom.
Tkaniny, na których wykonano hafty, pozostają celowo nieuprasowane, a fragmenty pomocniczych szkiców są wciąż widoczne. To zabieg, który podkreśla procesualność prac – ich niedopowiedzenie, niedokończenie, tymczasowość. Jakby uchwycony został moment zatrzymania ręki w trakcie pracy. Ten efekt zawieszenia zostaje zestawiony z kontrastującą formą prezentacji – każda z tkanin została oprawiona w czarną ramę z czarnym tłem, co nadaje kompozycjom zwartą, niemal surową strukturę. To zestawienie miękkiego materiału i mocnej oprawy tworzy napięcie między tym, co efemeryczne, a tym, co trwałe.
Wybór haftu czarnego jako techniki jest jednocześnie formalną decyzją i odniesieniem do lokalnego kontekstu. Czerń nici przywołuje skojarzenia z górniczym dziedzictwem regionu – czarne złoto, węgiel – ale także pozwala zachować minimalizm i skupić uwagę na detalu. Projekt jest osobistą interpretacją miejskiego krajobrazu Katowic – miasta, z którym jestem związana poprzez codzienność studiowania i przebywania w jego przestrzeni. Poprzez współczesne podejście do tradycyjnej techniki, powstają kompozycje, które są nie tylko dokumentem, ale też refleksją nad miejscem i jego wizualną tożsamością.
Katowickie motywy miejskie zostały przetworzone na oszczędne formalnie, ręcznie wykonane hafty czarne. Na różnych rodzajach tkanin pojawiają się znane elementy przestrzeni miasta – Spodek, charakterystyczne „kukurydze” z Osiedla Tysiąclecia czy uproszczona, schematyczna zieleń miejska. Każdy z tych elementów został wyhaftowany czarną nicią o kilku różnych grubościach, która pozwala uzyskać subtelne efekty cieniowania, mimo monochromatycznego ograniczenia. Delikatna, linearna kreska działa tu jak rysunek cienkopisem, nadając graficzności przedstawianym motywom.
Tkaniny, na których wykonano hafty, pozostają celowo nieuprasowane, a fragmenty pomocniczych szkiców są wciąż widoczne. To zabieg, który podkreśla procesualność prac – ich niedopowiedzenie, niedokończenie, tymczasowość. Jakby uchwycony został moment zatrzymania ręki w trakcie pracy. Ten efekt zawieszenia zostaje zestawiony z kontrastującą formą prezentacji – każda z tkanin została oprawiona w czarną ramę z czarnym tłem, co nadaje kompozycjom zwartą, niemal surową strukturę. To zestawienie miękkiego materiału i mocnej oprawy tworzy napięcie między tym, co efemeryczne, a tym, co trwałe.
Wybór haftu czarnego jako techniki jest jednocześnie formalną decyzją i odniesieniem do lokalnego kontekstu. Czerń nici przywołuje skojarzenia z górniczym dziedzictwem regionu – czarne złoto, węgiel – ale także pozwala zachować minimalizm i skupić uwagę na detalu. Projekt jest osobistą interpretacją miejskiego krajobrazu Katowic – miasta, z którym jestem związana poprzez codzienność studiowania i przebywania w jego przestrzeni. Poprzez współczesne podejście do tradycyjnej techniki, powstają kompozycje, które są nie tylko dokumentem, ale też refleksją nad miejscem i jego wizualną tożsamością.
Katowickie motywy miejskie zostały przetworzone na oszczędne formalnie, ręcznie wykonane hafty czarne. Na różnych rodzajach tkanin pojawiają się znane elementy przestrzeni miasta – Spodek, charakterystyczne „kukurydze” z Osiedla Tysiąclecia czy uproszczona, schematyczna zieleń miejska. Każdy z tych elementów został wyhaftowany czarną nicią o kilku różnych grubościach, która pozwala uzyskać subtelne efekty cieniowania, mimo monochromatycznego ograniczenia. Delikatna, linearna kreska działa tu jak rysunek cienkopisem, nadając graficzności przedstawianym motywom.
Tkaniny, na których wykonano hafty, pozostają celowo nieuprasowane, a fragmenty pomocniczych szkiców są wciąż widoczne. To zabieg, który podkreśla procesualność prac – ich niedopowiedzenie, niedokończenie, tymczasowość. Jakby uchwycony został moment zatrzymania ręki w trakcie pracy. Ten efekt zawieszenia zostaje zestawiony z kontrastującą formą prezentacji – każda z tkanin została oprawiona w czarną ramę z czarnym tłem, co nadaje kompozycjom zwartą, niemal surową strukturę. To zestawienie miękkiego materiału i mocnej oprawy tworzy napięcie między tym, co efemeryczne, a tym, co trwałe.
Wybór haftu czarnego jako techniki jest jednocześnie formalną decyzją i odniesieniem do lokalnego kontekstu. Czerń nici przywołuje skojarzenia z górniczym dziedzictwem regionu – czarne złoto, węgiel – ale także pozwala zachować minimalizm i skupić uwagę na detalu. Projekt jest osobistą interpretacją miejskiego krajobrazu Katowic – miasta, z którym jestem związana poprzez codzienność studiowania i przebywania w jego przestrzeni. Poprzez współczesne podejście do tradycyjnej techniki, powstają kompozycje, które są nie tylko dokumentem, ale też refleksją nad miejscem i jego wizualną tożsamością.
Katowickie motywy miejskie zostały przetworzone na oszczędne formalnie, ręcznie wykonane hafty czarne. Na różnych rodzajach tkanin pojawiają się znane elementy przestrzeni miasta – Spodek, charakterystyczne „kukurydze” z Osiedla Tysiąclecia czy uproszczona, schematyczna zieleń miejska. Każdy z tych elementów został wyhaftowany czarną nicią o kilku różnych grubościach, która pozwala uzyskać subtelne efekty cieniowania, mimo monochromatycznego ograniczenia. Delikatna, linearna kreska działa tu jak rysunek cienkopisem, nadając graficzności przedstawianym motywom.
Tkaniny, na których wykonano hafty, pozostają celowo nieuprasowane, a fragmenty pomocniczych szkiców są wciąż widoczne. To zabieg, który podkreśla procesualność prac – ich niedopowiedzenie, niedokończenie, tymczasowość. Jakby uchwycony został moment zatrzymania ręki w trakcie pracy. Ten efekt zawieszenia zostaje zestawiony z kontrastującą formą prezentacji – każda z tkanin została oprawiona w czarną ramę z czarnym tłem, co nadaje kompozycjom zwartą, niemal surową strukturę. To zestawienie miękkiego materiału i mocnej oprawy tworzy napięcie między tym, co efemeryczne, a tym, co trwałe.
Wybór haftu czarnego jako techniki jest jednocześnie formalną decyzją i odniesieniem do lokalnego kontekstu. Czerń nici przywołuje skojarzenia z górniczym dziedzictwem regionu – czarne złoto, węgiel – ale także pozwala zachować minimalizm i skupić uwagę na detalu. Projekt jest osobistą interpretacją miejskiego krajobrazu Katowic – miasta, z którym jestem związana poprzez codzienność studiowania i przebywania w jego przestrzeni. Poprzez współczesne podejście do tradycyjnej techniki, powstają kompozycje, które są nie tylko dokumentem, ale też refleksją nad miejscem i jego wizualną tożsamością.
Weronika Lewczuk / Grafika III rok
Wychodząc od sztywnej formy dokumentu przyrodniczego, podejmujemy próbę stworzenia alternatywnego dyskursu wokół rozmnażania roślin. Pragniemy przekierować uwagę odbiorcy z funkcji biologicznej, będącej zwykle centralną osią zagadnienia, na domniemaną przyjemność biorących udział w procesie reprodukcji roślin, oddając im tym samym podmiotowość i autonomię. W filmie łączą się ze sobą wątki ludzkie i nieludzkie, materiały organiczne i sztuczne. Traktujemy je jako swoje przedłużenie/rozwinięcie, a nie zaprzeczenie. W ten sposób zadajemy pytanie o to, co jest „naturalne”, otwierając kolejny istotny dla nas wątek dotyczący queerowej miłości i seksualności.
Wszystko co dookoła i we mnie wydaje się być podyktowane serią
przypadkowych zbiegów okoliczności, wydarzeń i dziwnych powykręcanych łańcuchów‐przyczynowo skutkowych. Powstałam w rozpędzonej kuli śnieżnej wydarzeń i w końcu zostanę z powrotem w nią wchłonięta. Tocząc się, starałam się znaleźć obiektywnie obiektywny sens, który da mi kontrolę i siłę do działania w środku toczącej się kuli, a może nawet pozwoli zignorować to, że w niej tkwię
i tkwić będę.
Okazało się to problemem, bo nie wydaje mi się, żeby istniało coś obiektywnie obiektywnego – przynajmniej tego nie znalazłam. Musiałam zaakceptować to, że niestety nie jestem świetlistą energią mogącą gardzić tym co materialne. Ignorującą, jaki ma to wpływ na niematerialną część mnie. Pokusa bycia kosmicznym bytem była na tyle silnie wwiercona w moje myślenie, że żyłam w przekonaniu o tym, że nie jestem moim ciałem, a moje ciało nie ma związku ze mną. A jeśli już to tylko tak trochę. I to i tak w ostateczności. Lubiłam sobie wyobrażać siebie jako kogoś, kto mógłby się urodzić gdziekolwiek i kiedykolwiek,
w jakimkolwiek ciele, i dalej być mną. Tylko wtedy musiałoby istnieć coś, co jest niezmienne od okoliczności i ciała – rdzeń osoby, czego na ten moment nie potrafię sobie wyobrazić. Pytanie, gdzie jest granica ilości drobnych zmian, w tym co dana osoba doświadczyła, kiedy nie byłaby już tą samą osobą. I czy istnieje rdzeń będący tym samym, mimo zewnętrznych zmian, które wpływają na to co wewnętrzne. Być może połączenie jest na tyle mocne, że zewnętrzne i wewnętrzne są tym samym. Ciągle się przenikają, a jedno nie może istnieć bez drugiego.
Uświadomienie ograniczeń, chociaż na początku zasmucające, jest jednak pewnym rodzajem oparcia subiektywnego obiektywizmu, bo przecież może rdzeń, dusza istnieje bez względu na czynniki zewnętrzne. Nie mają one na tę część wpływu, on po prostu jest i realizuje się na swój określony sposób niezależnie od ciała. A może nie, ale niemożność doświadczenia wszystkiego podniosło wartość tego,
co mogę doświadczyć.
-
Karta Przedmiotu
Działania multigraficzne
poziom studiów: jednolite studia magisterskie
forma studiów: stacjonarne
cykl kształcenia: 2024/2025
Prowadzący
dr hab. Judyta Bernaś, prof. ASP,
asyst. Paulina TararaForma zaliczenia
zaliczenie z oceną
Język wykładowy
polski
Moduł
moduł kształcenia dodatkowego
obowiązkowy
- z wyboru
Założenia i cele przedmiotu
Pracownia Działań Multigraficznych jest pracownią otwartą na każdą wypowiedź artystyczną. W programie zakłada się korzystanie i łączenie wszystkich technik graficznych z malarstwem, fotografią, obiektem przestrzennym, instalacją, performansem, dźwiękiem, działaniami AR, VR i projektowymi. Program dopuszcza wszystkie sposoby wizualnej wypowiedzi artystycznej. Zadania starają się poszerzać możliwości kreatywnego myślenia, pobudzać wyobraźnię twórczą łamiąc granice stereotypowych pojęć.
Kluczowe wymagania i kompetencje wstępne
Posiada wiedzę w zakresie teoretycznych, metodologicznych i praktycznych zagadnień związanych z technologią i możliwościami wyrazu artystycznego w obszarze współczesnej grafiki warsztatowej oraz wiedzę nt. współczesnej problematyki w zakresie malarstwa, rysunku, fotografii i druku cyfrowego. Ma opanowane podstawy grafiki warsztatowej, umiejętność komponowania, posługiwania się technikami graficznymi i łączenia ich z innymi dyscyplinami sztuki. Posiada szczegółową wiedzę w zakresie zjawisk zachodzących w kulturze i sztuce współczesnej oraz wzorców leżących u ich podstaw niezbędnych do formułowania i rozwiązywania złożonych zagadnień w procesie twórczym. Powinien też posiadać wiedzę nt. formalnej struktury dzieła plastycznego oraz jego związku z zawartym w nim komunikatem artystycznym. Potrafi wykorzystywać umiejętności artystyczne w interdyscyplinarnych kontekstach innych dziedzin naukowych, takich jak nauki humanistyczne, społeczne i technologiczne. Zna elementy procesu badawczego, w tym koncepcję, metody, oraz formułowanie pytań badawczych, co pozwala na rozwój krytycznego i analitycznego myślenia. Rozwija umiejętności tworzenia projektów, które łączą artystyczne, naukowe oraz projektowe podejście, co otwiera nowe perspektywy badawcze i artystyczne.
Formy prowadzenia zajęć
Zajęcia prowadzone stacjonarnie.
- ćwiczenia
- zajęcia praktyczne artystyczne
- samodzielna nauka pod kierunkiem nauczyciela
Kryteria oceny
(Opis kryteriów wraz ze wskazaniem maksymalnej ilości punktów, które student może uzyskać w ramach każdego z kryteriów)
ocena cel. (5,5)
91–100 pkt – znakomita wiedza, umiejętności i kompetencje społeczne
ocena bdb (5)
81–90 pkt – bardzo dobra wiedza, umiejętności i kompetencje społeczne
ocena db+ (4,5)
71–80 pkt – więcej niż dobra wiedza, umiejętności i kompetencje społeczne
ocena db (4)
61–70 pkt – dobra wiedza, umiejętności i kompetencje społeczne
ocena dst+ (3,5)
51–60 pkt – więcej niż zadowalająca wiedza, umiejętności
i kompetencje społeczneocena 3
41–50 pkt – zadowalająca wiedza, umiejętności i kompetencje społeczne
ocena 2
31–40 pkt – niezadowalająca wiedza, umiejętności i kompetencje społeczne
Warunki zaliczenia
obecność
Obowiązuje 75% uczestnictwo w zajęciach.
aktywność studenta
- Korekta, werbalne i logiczne uzasadnienie formy plastycznej, uczestnictwo w dyskusji w obszarze sztuki i mediów, krytyczna analiza prac artystycznych i projektowych.
- Przygotowanie autorskiej indywidualnej wystawy w przestrzeni BA\SEN w terminie ustalonym na zajęciach (semestralny projekt site specific).
- Przygotowanie dokumentacji prac w podanych na zajęciach formatach, wgranie plików na dysk.
udział w przeglądzie
Udział w przeglądzie roboczym w połowie semestru oraz w przeglądzie końcowym i zaprezentowanie wszystkich dokonanych realizacji.